Najlepsza Matka Ojczyzny

Abp Stanisław Gądecki

Najlepsza Matka Ojczyzny. Uroczystość Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski (Jasna Góra - 3.05.2020).

 


Pani Marszałek Sejmu Rzeczpospolitej,
Ojcze Generale zakonu Paulinów,
Ojcze Przeorze klasztoru,
Czcigodni Ojcowie Paulini,
Kapłani, osoby życia konsekrowanego, wierni świeccy,
Drodzy Rodacy w Ojczyźnie i poza jej granicami,
Drodzy Widzowie w duchowej łączności z Eucharystią,


Spotykamy się dzisiaj na uroczystości Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski w niecodziennych okolicznościach. Z powodu panującej na świecie i w Polsce epidemii nasze spotkanie posiada dziś inny niż zwykle charakter. Tym razem - zamiast na Wałach Jasnogórskich - spotykamy się w Jasnogórskiej Kaplicy, twarzą w twarz z jasnogórskim obrazem, pragnąc jak zawsze wyrazić cześć i szacunek dla naszej duchowej Matki Maryi, chcąc podzielić się z Nią naszymi smutkami i radościami.

Przychodzimy na Jasną Górę, aby się zmieniać i umacniamy się dzisiaj w tym zamiarze, rozważając sześć kwestii: najpierw skutki panującej u nas epidemii, następnie rolę Konstytucji Majowej, tak silnie związanej z dzisiejszą datą, dalej kwestię czekających nas wyborów prezydenckich, postać kard. Stefana Wyszyńskiego, osobę św. Jana Pawła II w setną rocznicą jego urodzin oraz postać Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski i Jej rolę w Bitwie Warszawskiej.

1. EPIDEMIA

Pierwsza kwestia to panująca u nas pandemia. Na jej temat kard. Robert Sarah ofiaruje nam bardzo ciekawą refleksję. Wskutek pojawienia się koronawirusa – mówi on - w kilka tygodni runęła wielka ułuda materialistycznego świata. Jeden mikroskopijny wirus rzucił na kolana zadowolony z siebie świat, który sądził, że jest w stanie pokonać wszystko. A oto pojawiła się jedna epidemia i rozwiała dym naszych złudzeń a wszechmocny człowiek ukazał się nagi.
Potrzeba było wirusa, żebyśmy zamilkli. Nagle wyciszyły się hałaśliwe miasta, ulice przepełnione ludźmi i samochodami opustoszały i zapanowała wielka cisza. To, co nas do tej pory najbardziej zaprzątało, czyli gospodarka, wakacje, polemiki medialne, to wszystko okazało się drugorzędne. Gdy wszystko się rozpada, pozostają tylko więzi małżeństwa, rodziny, przyjaźni. Odkryliśmy na nowo, że jesteśmy powiązani niewidocznymi, lecz niemniej rzeczywistymi więziami danego narodu. Odkryliśmy, że zależymy od Boga.

Co w tej sytuacji winni czynić księża? Kapłani powinni robić wszystko, co w ich mocy, aby towarzyszyć chorym i umierającym, nie komplikując pracy personelu medycznego i władz świeckich. Nikt nie ma prawa pozbawiać człowieka chorego i umierającego duchowej opieki księdza. Jest to jego prawo absolutne i niezbywalne. Epidemia sprawiła, iż wielu księży na nowo odkryło swoje powołanie do modlitwy i wstawiennictwa za lud Boży. W krajach przymusowo zamkniętych księża uczą się spędzać swoje dni w samotności, na modlitwie i w ciszy ofiarowanej za zbawienie ludzi. I jeśli nawet nie mogą trzymać fizycznie za rękę każdego umierającego, tak, jakby tego chcieli, to jednak podczas adoracji mogą się wstawiać za każdym. W tych trudnych dniach nikt nie powinien być sam; nikt nie powinien czuć się opuszczonym. Przy każdym winien czuwać dobry pasterz. Dzięki temu – poprzez nieustanną modlitwę - księża mogą na nowo odkryć swoje ojcostwo duchowe. Bywa też, że - z powodu przymusowego odosobnienia - kapłani odprawiają Eucharystię z nieliczną grupą wiernych, uświadamiając sobie wszechogarniającą owocność ofiary Chrystusa dla zbawienia całego świata.

A co w tym czasie mogą czynić wierni świeccy? Z pewnością mogą trwać w duchowej łączności z całym Kościołem. Mogą trwać w tej tajemniczej więzi łączącej wszystkich ochrzczonych na modlitwie twarzą w twarz z Bogiem, pomni na słowa Zbawiciela: „Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mt 6,6). Dobrze, abyście moi Drodzy odkryli w tej sytuacji wartość życia sakramentalnego i to jak wielką łaską jest dla nas rzeczywista a nie tylko duchowa Komunia święta. Abyście poznali, że „Kościół wirtualny nie jest prawdziwym Kościołem, lecz jedynie sposobem przetrwania w postawie pragnienia większego dobra, jakie daje realne bycie we wzajemnej wspólnocie miłości i sakramentów”. Abyście odkryli na nowo wartość czytania Słowa Bożego, trwania na milczącej adoracji, odmawiania różańca w rodzinie, służenia bliźnim, wzajemnego wspierania się i znoszenia jedni drugich. Pora, aby ojcowie rodzin nauczyli się błogosławić swoje dzieci. Pora, aby woluntariusze wspomogli Caritas i siostry zakonne żywiące bezdomnych.

Podnosi nas na duchu to, że – o ile kilka miesięcy temu mówiło się szeroko o eutanazji i o pozbyciu się najciężej chorych i upośledzonych – teraz narody mobilizują się, ażeby chronić osoby w podeszłym wieku. Gdy wcześnie media gloryfikowały „silnych”, którzy odnosili sukcesy nawet za cenę podeptania innych po drodze, teraz budzą podziw i wdzięczność ludzie, którzy pracują skromnie jako salowe, pielęgniarki, lekarze, wolontariusze. Rzeczywiście, nasza epoka potrzebowała bohaterów i świętych, których się wcześniej wstydziła.

Niektórzy w tej sytuacji mówią: nic nie będzie już tak jak przedtem; miejmy nadzieję, że tak właśnie będzie. Potrzebujemy bowiem gruntownej zmiany. Trzeba, abyśmy odbudowywali naszą Ojczyznę na czymś więcej, aniżeli tylko na pragnieniu nieustannego rozwoju, konsumpcji i gonitwie za pieniędzmi. W ostatnich tygodniach Pan Bóg daje nam czas po temu, abyśmy przemyśleli i przewartościowali wiele spraw w naszym życiu i w życiu naszej Ojczyzny. Gdybyśmy natomiast - po wyjściu z tego kryzysu - pogrążyli się w tych samych co wcześniej błędach, bylibyśmy ślepcami skazanymi na nieuchronną klęskę, ponieważ dopóki człowiek nie zwróci się do Boga całym sercem, nieuchronnie zmierza ku przepaści. Tak, pytanie o Boga nie jest tylko naszą prywatną sprawą. Jest to jednocześnie pytanie o same fundamenty naszej cywilizacji (por. kard. Robert Sarah, Rozwiany dym złudzeń, ND /25-26 kwietnia 2020/M6-M7).

2. KONSTYTUCJA

Drugim tematem, ściśle związanym z dniem dzisiejszym, jest wspomnienie Konstytucji Majowej. Było to wielkie osiągnięcie XVIII-wiecznej polskiej myśli politycznej. Konstytucja ta była pierwszą w Europie, a drugą – po amerykańskiej - na świecie. Była przejawem politycznej roztropności naszych posłów, którzy potrafili - bez rewolucyjnych wstrząsów - zreformować ustrój państwowy. Była wreszcie dowodem umiejętności znalezienia kompromisu przez najważniejszych polskich polityków. Niestety, lekarstwo podawane umierającemu bywa zwykle mało skuteczne, dlatego też – chociaż Konstytucja stała się kamieniem milowym historii polskiej myśli politycznej - okazała się ona jednocześnie „testamentem gasnącej Ojczyzny”. Obowiązywała nieco ponad rok, po czym została obalona przez armię rosyjską i wojska konfederacji targowickiej.

Tym niemniej miała ona ogromne znaczenie dla kolejnych pokoleń Polaków, ponieważ przez długie lata rozbiorów podtrzymywała w Ojczyźnie nadzieję na wolność. Nadzieję na możliwość stworzenia bardziej sprawiedliwego społeczeństwa. Wszystkie nasze późniejsze konstytucje w mniej lub bardziej wyraźny sposób odwoływały się do owej „Konstytucji-matki”. Wagę tej Konstytucji rozumieli też dobrze wrogowie Polski, dlatego zakazali oni świętowania daty jej uchwalenia tak podczas rozbiorów, jak i podczas okupacji, aż w końcu została ona całkowicie zniesiona przez władze komunistyczne (w styczniu 1951). Na szczęście prawdy nie da się zabić raz na zawsze.

3. WYBORY

Trzecia kwestia to wybory prezydenckie, czyli także zagadnienie z dziedziny troski o losy Ojczyzny. Na sytuację pandemicznego zagrożenia zdrowia i życia ludzi nakłada się u nas dzisiaj problem wyborów prezydenckich.

W odpowiedzi na mnożące się pytania o stanowisko polskich biskupów w tej materii Rada Stała KEP wydała Słowo, w którym zwraca uwagę na „słuszną autonomię porządku demokratycznego” (Centesimus Annus, 47). Przypomina, że „Kościół nie ma mandatu, by uczestniczyć w czysto politycznych sporach na temat formy, czy terminu wyborów, a tym bardziej, by opowiadać się za tym lub innym rozwiązaniem. Misją Kościoła w takiej sytuacji jest jednak zawsze, pełne życzliwości, przypominanie o szczególnej, moralnej i politycznej odpowiedzialności, jaka spoczywa na uczestnikach życia politycznego.

Członkowie Rady apelują więc do sumień ludzi odpowiedzialnych za dobro wspólne naszej Ojczyzny – tak do sprawujących władzę, jak i do opozycji - aby w tej nadzwyczajnej sytuacji wypracowali wspólne stanowisko, dotyczące wyborów prezydenckich. Zachęcają, aby w dialogu między stronami poszukiwać takich rozwiązań, które nie budziłyby wątpliwości prawnych i podejrzenia nie tylko o naruszenie obowiązującego ładu konstytucyjnego, ale również przyjętych w demokratycznym społeczeństwie zasad wolnych i uczciwych wyborów. Proszą, aby - kierując się najlepszą wolą - w swoich działaniach szukali dobra wspólnego, którego wyrazem jest dziś zarówno życie, zdrowie oraz społeczny byt Polaków, jak i szerokie społeczne zaufanie do wspólnie wypracowanych przez lata procedur wyborczych demokratycznego państwa. W tej trudnej sytuacji, jaką przeżywamy, powinniśmy dbać o kultywowanie dojrzałej demokracji, ochronę państwa prawa, budowanie – mimo różnic – kultury solidarności, także w sferze polityki.

W procesie dokonywania odpowiedzialnego wyboru kandydata na urząd prezydenta Rada Stała radzi, aby brać pod uwagę jego prawość moralną, miłość Ojczyzny i traktowanie władzy jako służby, kompetencje w dziedzinie życia politycznego i obywatelskiego, wyrazistą tożsamość, postawę dialogu i umiejętność współpracy, zdolność do roztropnego rozwiązywania konfliktów, merytoryczne przygotowanie i wiedzę a także szacunek dla zasad demokracji, kierowanie się fundamentalnymi zasadami etycznymi, poszanowanie dla życia od poczęcia do naturalnej śmierci, gwarancję dla prawnej definicji małżeństwa jako trwałego związku mężczyzny i kobiety, promocję polityki rodzinnej oraz gwarancje dla rodziców w zakresie prawa do wychowywania dzieci zgodnie z wyznawaną wiarą i wartościami (Słowo Rady Stałej Konferencji Episkopatu Polski – 28.04.2020).

4. KARD. STEFAN WYSZYŃSKI

Czwarta sprawa to osoba kardynała Stefana Wyszyńskiego. Jego zapowiedziana beatyfikacja każe nam zwrócić uwagę na szczególne związki księdza kardynała z Jasną Górą.
Ksiądz kardynał był osobiście przekonany, że wszystkie jego ważniejsze sprawy działy się w dzień Matki Bożej. Ogłoszenie swojego biskupstwa lubelskiego usłyszał w dzień Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny w Poznaniu z ust kardynała Hlonda. „Od razu postanowiłem sobie – pisał on – „że na mojej tarczy biskupiej będzie mi przewodziła Matka Boża Jasnogórska. Dlatego wybrałem Jej miesiąc na konsekrację i na ingres. Dlatego konsekracja miała miejsce na Jasnej Górze […]. A później, gdy otrzymałem wiadomość o powołaniu mnie na stolicę Bogurodzicy do Gniezna, w liście datowanym 16 listopada 1948 roku, a więc w dzień Matki Bożej Miłosierdzia - moje nabożeństwo do Matki Najświętszej stało się programem pracy”.
Opracował wiele ważnych inicjatyw duszpasterskich: Jasnogórskie Śluby Narodu (1956), Wielką Nowennę przed Millennium Chrztu Polski (1957-65). Był głównym organizatorem obchodów milenijnych (1966) i m.in. z tego powodu nazywany po śmierci Prymasem Tysiąclecia. Był autorem nawiedzenia wszystkich polskich parafii przez kopię obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej.

Jako uczestnik Soboru Watykańskiego II stał się – z kard. Kominkiem – współinicjatorem orędzia biskupów polskich do biskupów niemieckich (w październiku 1965 r.), które zwracało się z wezwaniem do pojednania obu narodów oraz wzajemnego przebaczenia krzywd.
Najbardziej zwięzłą, a jednocześnie autorytatywną odpowiedź na pytanie: „Co Kościół katolicki i Polska zawdzięczają Prymasowi Tysiąclecia?” dał Ojciec Święty Jan Paweł II po swoim wyborze na Stolicę Apostolską. Jego słowa, skierowane do kardynała Prymasa obiegły wówczas cały świat. Ojciec Święty powiedział wtedy: „Czcigodny i Umiłowany Księże Prymasie! Pozwól, że powiem po prostu co myślę. Nie byłoby na Stolicy Piętrowej tego Papieża-Polaka, który dziś pełen bojaźni Bożej, ale i pełen ufności, rozpoczyna nowy pontyfikat, gdyby nie było Twojej wiary, nie cofającej się przed więzieniem i cierpieniem. Twojej heroicznej miłości. Twojego zawierzenia bez reszty Matce Kościoła; gdyby nie było Jasnej Góry i tego całego okresu dziejów Kościoła w Ojczyźnie naszej, który związany jest z Twoim biskupim, prymasowskim posługiwaniem” (Rzym, 23 października 1978 roku).

Śmierć kard. Stefana Wyszyńskiego nie zakończyła jego oddziaływania na Polaków. W chwili gdy odchodził z tego świata papież św. Jan Paweł Wielki zwrócił nam wszystkim uwagę na pozostawione nam przez umierającego ks. Prymasa zadanie na przyszłość: „Szczególnym przedmiotem […] medytacji uczyńcie postać niezapomnianego Prymasa, śp. Kardynała Stefana Wyszyńskiego, jego osobę, jego naukę, jego rolę w jakże trudnym okresie naszej historii. To wszystko uczyńcie przedmiotem medytacji i podejmijcie to wielkie i trudne dzieło, dziedzictwo przeszło tysiącletniej historii, na które on, Kardynał Stefan, Prymas Polski, dobry pasterz, wycisnął trwałe, niezatarte piętno. (…) Każdy na swój sposób, tak jak Bóg i własne sumienie mu nakazuje. Podejmijcie i prowadźcie je ku przyszłości” (św. Jan Paweł II, Watykan - 28 maja 1981 roku).

5. JAN PAWEŁ II

Piąta sprawa to setna rocznica urodzin św. Jana Pawła II. Przy takiej okazji można – w szerokim tego słowa znaczeniu – mówić właściwie o całym jego życiu, obejmującym zarówno lata dziecięce, młodość, studia, kapłaństwo, biskupstwo, papiestwo i śmierć, a nawet jego oddziaływanie po śmierci. O tym samym jubileuszu można jednak mówić też w sensie ścisłym, ograniczając się wyłącznie do samego faktu narodzin Karola Wojtyły.

a. Wystarczy dzisiaj ograniczyć się tylko do przypomnienia – nieznanego większości z nas - momentu, w którym zaczęło się życie przyszłego papieża. W książce pt. „Matka Papieża” wydanej przez krakowskie wydawnictwo ZNAK jest opisany nieznany szerzej wątek dotyczący urodzin Papieża Polaka. Czytamy w tej publikacji: „Gdy nadeszła jesień 1919 roku Emilia Wojtyła wiedziała już, że spodziewa się następnego dziecka. Długo na nie czekała. Od śmierci córki Olgi - która zmarła zaraz po urodzeniu - minęły ponad trzy lata i zaczynała się martwić, czy w ogóle będzie jeszcze mogła mieć dziecko. Tym bardziej że miała już trzydzieści sześć lat i sił jej ubywało. A jeszcze bardzo pragnęła, aby jej syn Edmund miał rodzeństwo. W końcu jej nadzieje się spełniły. Tą wspaniałą wiadomością podzieliła się natychmiast z mężem i z synem. Była szczęśliwa, ale idylla trwała krótko.

Od doktora Jana Moskały - znanego wadowickiego ginekologa i położnika - Emilia usłyszała diagnozę, która brzmiała jak wyrok: ciąża jest zagrożona. Nie donosi jej pani i nie ma pani szans urodzić żywego dziecka. A jeśli dziecko się urodzi, to tylko kosztem życia matki. Aby ratować siebie, powinna pani usunąć poczęte już dziecko - oznajmił lekarz.

Co robić? W tych godzinach Emilią targały sprzeczne emocje. Miała przecież już syna Edmunda, któremu była jeszcze potrzebna; chłopiec miał bowiem dopiero trzynaście lat. Jak poradzi sobie bez matki? Pamiętała, że sama miała tyle lat, gdy zmarła jej matka; wiedziała, jak ciężko jest być półsierotą. Za nic w świecie nie chciała narażać swego dziecka Edmunda na taki los. A jeśli oboje - i ona i niemowlę - nie przeżyją porodu, co wtedy się stanie? Edmund nie będzie miał ani matki, ani rodzeństwa. No i co z mężem? Miałaby osamotnić swojego męża, z którym mieli jeszcze tyle wspólnych planów? Po wieloletniej tułaczce osiedli się wreszcie na stałe w Wadowicach, i to w nowym mieszkaniu. Czy jedno życie ma być ważniejsze niż drugie? Każde ma przecież taką samą wartość i każde jest święte, dane człowiekowi przez Boga - wierzyła w to mocno. Takie zasady wyniosła z domu i pieczołowicie ich strzegła. Wiarę traktowała poważnie. Rozumiała, że albo ją zastosuje w praktyce, albo nie może mówić o sobie, że jest osobą wierząca. A więc życie za życie?

I wtedy mąż sprowadził innego lekarza, Samuela Tauba. Poprosił go, aby poprowadził ciążę żony i zadbał o to, aby podreperował jej zdrowie i wzmocnił jej organizm. I tak się stało. Emilia szybko nabrała zaufania do nowego doktora, który słynął ze skuteczności leczenia nawet beznadziejnych przypadków. Jednocześnie doktor Taub był świadomy tego, że utrzymanie przy życiu poczętego dziecka może skończyć się tragicznie, nie nalegał jednak na aborcję. Podjął się ryzyka poprowadzenia ciąży Emilii na wyraźną prośbę obojga małżonków i na ich odpowiedzialność.

Szczęśliwie - bardziej siłą woli niż natury – Emilia Wojtyłowa dotrwała do dziewiątego miesiąca ciąży. Za wszelką cenę nie chciała, żeby to był wcześniak. Gdy czuła, że zbliża się czas porodu, mąż przyprowadził do domu położną, która miała odebrać dziecko, sam natomiast zabrał Edmunda i poszedł z nim do kościoła. Miał taki zwyczaj, że w ważnych momentach życia oddawał się modlitwie. Nie było wówczas w zwyczaju, by mężczyzna uczestniczył w przychodzeniu dziecka na świat. Poród był wyłącznie domeną kobiet.

I tak to, dnia 18 maja 1920 roku około godziny siedemnastej, urodził się drugi syn Emilii, Karol. Tego dnia w Wadowicach było wyjątkowo gorąco jak na tę porę roku. Temperatura dochodziła do trzydziestu stopni Celsjusza. Emilia leżała w salonie. Gdy skurcze porodowe stawały się coraz silniejsze, poprosiła położną, żeby otworzyła okna, potrzebowała więcej powietrza. Gdy zbliżała się siedemnasta, rozległo się bicie kościelnego dzwonu, a potem śpiew Litanii loretańskiej. Mieszkańcy Wadowic - jak zawsze w maju o tej porze - uczestniczyli w nabożeństwie majowym. W tym właśnie momencie przychodziło na świat dziecko Emilii. Rodziła je, wsłuchując się w śpiew litanii ku czci Matki Bożej. Urodził się chłopiec wyjątkowo duży, silny, zdrowy.

Matka czuła wzruszenie i szczęście, była przekonana, że zdarzył się cud, bo i ona i dziecko żyją. Na domiar tego, zamiast chuderlawego dziecka, jakiego się spodziewała, urodziła dużego, mocnego chłopca. Niemożliwe stało się możliwe. Opowiadała o tym później położna, która zapamiętała ten poród na całe życie. Drugiego tak niezwykłego - przy śpiewie Litanii loretańskiej - nigdy nie odbierała” – czytamy we wspomnianej książce.

Ojciec Święty znał tę historię, rozmawiał potem ze wspomnianą akuszerką i pamiętał, że przychodził na świat przy śpiewie litanii ku czci Matki Bożej. Papież dopatrywał się pewnego symbolu w tym fakcie. W rocznicę swoich urodzin powiedział w jednej z włoskich parafii: „Urodziłem się pomiędzy godziną siedemnastą a osiemnastą, czyli o tej samej godzinie, o której pięćdziesiąt osiem lat później zostałem wybrany papieżem” (por. Emilia, matka papieża Jana Paweł II. Narodziny Lolka. Gazeta Krakowska – 3.10.2013).

b. Setny jubileusz urodzin św. Jana Pawła zwraca raz jeszcze naszą uwagę na współczesny problem, który św. Jan Paweł II poruszył w encyklice Evangelium vitae: Świat „doprowadziwszy do odkrycia idei ‘praw człowieka’ - jako wrodzonych praw każdej osoby, uprzednich wobec konstytucji i prawodawstwa jakiegokolwiek państwa - popada dziś w zaskakującą sprzeczność. Właśnie w epoce, w której uroczyście proklamuje się nienaruszalne prawa osoby i publicznie deklaruje wartość życia, samo prawo do życia jest w praktyce łamane i deptane, zwłaszcza w najbardziej znaczących dla człowieka momentach jego istnienia, jakimi są narodziny i śmierć.
Z jednej strony, różne deklaracje praw człowieka oraz liczne inicjatywy, które się do nich odwołują, wskazują na pogłębianie się w całym świecie wrażliwości moralnej, bardziej skłonnej uznać wartość i godność każdej ludzkiej istoty jako takiej, bez względu na jej rasę, narodowość, religię czy poglądy polityczne i pochodzenie społeczne. Z drugiej strony, w kontraście z tymi wzniosłymi deklaracjami pozostają, niestety, fakty tragicznie im przeczące. Ta sytuacja jest tym bardziej niepokojąca, czy raczej tym bardziej gorsząca, że powstaje właśnie w społeczeństwie, dla którego gwarancja ochrony praw człowieka stanowi główny cel i zarazem powód do chluby. Jak można pogodzić te wielokrotnie powtarzane deklaracje zasad z nieustannym mnożeniem się zamachów na życie i z powszechnym ich usprawiedliwianiem? Jak pogodzić te deklaracje z odtrąceniem słabszych, bardziej potrzebujących pomocy, starców i tych, których życie dopiero się poczęło? Te zamachy są jawnym zaprzeczeniem szacunku dla życia i stanowią radykalne zagrożenie dla całej kultury praw człowieka” (Evangelium vitae, 18).

6. KRÓLOWA POLSKI

Ale dzisiaj przeżywamy także – i jest to już ostatnia sprawa - święto patronalne Jasnej Góry, uroczystość NMP Królowej Polski. W bieżącym roku uroczystość ta ma szczególne odniesienie do wydarzeń z roku 1920; do zwycięstwa odniesionego przez Polaków w wojnie polsko-bolszewickiej.

a. Wojna ta rozpoczęła się krótko po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Rozpoczęta została z rozkazu Lenina już dnia 18 listopada 1918 roku. W sierpniu 1920 roku Armia Czerwona była już u wrót Warszawy, posiadając wielokrotną przewagę liczebną nad polskimi siłami. Rosjanie byli absolutnie pewni zwycięstwa.

W tym tragicznym położeniu Konferencja Episkopatu Polski w lipcu potwierdziła raz jeszcze wybór Maryi na Królową Polski. W uroczystość Przemieniania Pańskiego 6 sierpnia rozpoczęto wielką nowennę za Ojczyznę, która miała się zakończyć 15 sierpnia w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Polscy kardynałowie, arcybiskupi i biskupi zaapelowali o pomoc do episkopatów całego świata. Na dziesięć dni przed Bitwą Warszawską papież Benedykt XV skierował do wszystkich biskupów świata apel: „O zmiłowanie Boga nad nieszczęsną Polską”. Nie było świątyni, w której nie odprawiano by nabożeństw błagalnych, a wszystko w atmosferze zawierzenia losów wojny naszej Pani i Królowej. Kościół katolicki – cieszący się dużym autorytetem w społeczeństwie – odgrywał ważną rolę w mobilizowaniu do walki. Księża zgłaszali się ochotniczo jako kapelani do oddziałów frontowych, stawali na czele lokalnych komitetów obrony państwa.

b. I oto dnia 15 sierpnia nastąpił przełom. Bolszewicy - ponosząc ogromne straty – zaczęli się cofać w popłochu. Z powodu dużych strat w ciągu tych dni rosyjskie pułki szybko tajały, amunicja wyczerpywała się a ludzie byli w stanie skrajnego wyczerpania. Nie tylko pojedyncze jednostki, ale cała armia straciła wiarę w skuteczność walki i szansę na wygraną. Struna, która się naprężała do momentu sforsowania Bugu, teraz pękła (Witowt Putna).

Dzień 25 sierpnia przyjęto uważać za koniec bitwy warszawskiej. Podczas tej wojny – według niepełnych szacunków – poległo lub odniosło ciężkie rany ponad 100 tysięcy polskich żołnierzy. Kraj - już wcześniej ciężko dotknięty przez I wojnę światową - doznał nowych zniszczeń, których usuwanie pochłonęło wiele czasu i kosztów. W sumie jednak był to pierwszy od 220 lat liczący się na arenie międzynarodowej sukces Polski. Pierwsza wojna wygrana samodzielnie przez polską armię.

W dniu 8 grudnia 1920 r. ks. abp Józef Teodorowicz - ormiańsko-katolicki arcybiskup Lwowa, poseł na sejm ustawodawcy, a następnie senator - zwrócił uwagę na dodatkowy czynnik: „Bóg łaskę zwycięstwa i cud pod Warszawą dał nam przez ręce Tej, która Polski jest Królową. Mówił mi kapłan pracujący w szpitalu wojskowym, iż żołnierze rosyjscy zapewniali go i opisywali, jak pod Warszawą widzieli Najświętszą Pannę okrywającą swym płaszczem Polski stolicę. I z różnych innych stron szły podobne świadectwa”. Odwołanie się do cudu nie było wtedy przypadkowe, bo - dokonane sześć lat wcześniej - słynne odrzucenie wojsk niemieckich od Paryża nazwano „cudem nad Marną”.

Po wielkim modlitewnym zrywie z sierpnia 1920 roku, na Jasną Górę zostały przekazane złote berło i jabłko - ufundowane przez polskie kobiety jako votum dziękczynne dla Matki Bożej Królowej Polski za uratowanie stolicy i Polski od okupacji bolszewickiej.
A sam Tuchaczewski wspominał: „Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że gdybyśmy wyrwali z rąk burżuazji polskiej jej burżuazyjną armię szlachecką, wówczas rewolucja klasy robotniczej w Polsce stałaby się faktem dokonanym. A pożar ten nie dałby się ograniczyć ścianami polskimi. Jak wzburzony potok rozlałby się po całej Europie Zachodniej”.

ZAKOŃCZENIE

Wszystko, co rozważaliśmy dzisiaj dotyczyło w takim czy innym sensie naszej Ojczyzny, tego, by ją lepiej zrozumieć, pokochać i rozwijać w takim duchu o jakim myślał św. Jan Paweł II:
 Ojczyzna - kiedy myślę - wówczas wyrażam siebie i zakorzeniam,
mówi mi o tym serce, jakby ukryta granica, która ze mnie przebiega ku innym,
aby wszystkich ogarniać w przeszłość dawniejszą niż każdy z nas:
z niej się wyłaniam... gdy myślę Ojczyzna - by zamknąć ją w sobie jak skarb.
Pytam wciąż, jak ją pomnożyć, jak poszerzyć tę przestrzeń, którą wypełnia.    (Karol Wojtyła, fragm. poematu Myśląc Ojczyzna, Kraków, 1974).
Tak więc, w uroczystość Najświętszej Maryi Panny, Królowej Polski, powierzamy – na koniec - w macierzyńskie dłonie Maryi los naszej Ojczyzny i nas samych, powtarzając dobrze znane słowa.

Z dawna Polski Tyś Królową, Maryjo!
Ty za nami przemów słowo, Maryjo!
Miej w opiece naród cały,
Który żyje dla Twej chwały,
Niech rozwija się wspaniały, Maryjo!

Amen.